„Liberator”
www.liberator.lbl.pl
10.07.2005 r.



Homofobia katolicyzmu

JERZY BOKŁAŻEC


        Światli katolicy, z którymi rozmawiam o stosunku ich religii do homoseksualizmu podkreślają zazwyczaj, że Kościół nie potępia homoseksualistów, lecz homoseksualizm, i nie same skłonności homoseksualne, lecz czyny. To ważne rozróżnienie – ja na przykład krytycznie oceniam religijność jako postawę sprzyjającą złu, lecz nie potępiam ludzi religijnych, bo w ogromnej większości są oni ofiarami indoktrynacji, której byli poddawani od wczesnego dzieciństwa. Mówię więc o złu religii i pokazuję, na czym to zło polega.
        Niestety, religia nie daje przekonujących wyjaśnień, dlaczego mielibyśmy uznać homoseksualizm i „czyny” homoseksualne za zło. Kościół uznaje homoseksualizm za sprzeczny z prawem natury, powiedział pięć lat temu Jan Paweł II, potępiając paradę gejów i lesbijek w Rzymie. Jeśli tak, to Kościół grubo się myli, bo homoseksualizm jest zjawiskiem całkowicie naturalnym; po prostu kilka procent populacji przejawia odmienne skłonności seksualne i to zjawisko ma charakter stały, towarzysząc ludzkości od zarania dziejów (nie tylko ludzkości, homoseksualizm występuje również wśród zwierząt; istnieją też inne odmienności, na przykład kilka procent ludzi częściej posługuje się lewą ręką niż prawą, co jednak nie budzi większych emocji). Negowanie przez chrześcijan naturalności homoseksualizmu jest tym bardziej dziwne, że przecież wierzą oni, iż wszystko co istnieje, zostało stworzone przez ich Boga – a więc również homoseksualiści.
        Nieco więcej o „aktach homoseksualnych” mówi Katechizm Kościoła Katolickiego: Są one sprzeczne z prawem naturalnym; wykluczają z aktu płciowego dar życia. Nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej. W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane (p. 2357)
        Nie bardzo wiadomo, dlaczego „wykluczenie z aktu płciowego daru życia” miałoby być sprzeczne z „prawem naturalnym”, skoro homoseksualizm jest zjawiskiem naturalnym (choć mniejszościowym, podobnie jak leworęczność). A nawet gdyby był sprzeczny z tym prawem, to jeszcze nie oznacza, że jest czymś złym. Na przykład celibat jest zdecydowanie nienaturalny, jest następstwem wyboru, świadomej decyzji – ale nie znam katolika, który w celibacie księży dopatrywałby się jakiegoś zła. Rzeczywiście jest tak, że homoseksualiści w swych związkach nie mogą mieć dzieci (pochodzących z tych związków), ale co w tym nagannego? Kto komu wyrządza tutaj jakieś zło? Na to pytanie Katechizm nie udziela odpowiedzi, ograniczając się do beztreściowej nowomowy – skłonność „obiektywnie nieuporządkowana”, brak „komplementarności uczuciowej i płciowej” – która, jak się wydaje, ma jedynie spiętrzyć negatywne określenia wokół homoseksualizmu i zwolnić od rzeczowej argumentacji.
        Moi katoliccy znajomi, pytani o stanowisko ich Kościoła wobec homoseksualistów, lubią cytować ten oto fragment Katechizmu: Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji (p. 2358). Ostatnie słowa tego cytatu sugerują, że może istnieć jakaś słuszna dyskryminacja, a należy wystrzegać się jedynie tej niesłusznej - otwiera się tu szerokie pole do interpretacji. Nie jest też jasne, dlaczego Katechizm specjalnie podkreśla wymóg szacunku i delikatności wobec homoseksualistów, skoro szacunek i delikatność należy okazywać wszystkim ludziom. Czyżby w łonie magisterium Kościoła zrodziło się przypuszczenie, że bez tego napomnienia wierni mogliby traktować gejów i lesbijki inaczej niż wszystkich ludzi? Natomiast w katechizmowym wezwaniu do współczucia wobec osób homoseksualnych dostrzegam przebłysk wiedzy hierarchów Kościoła, na co dzień skrzętnie przez nich ukrywanej, na temat dyskryminacji, jakiej doświadczają homoseksualiści w religijnych społeczeństwach. Istotnie, los homoseksualistów w katolickiej Polsce jest nie do pozazdroszczenia.
        Ostateczną racją, do której odwołuje się współczesny katolicyzm w swych atakach na homoseksualizm jest... tradycja tej religii, spisana w starodawnych księgach judeochrześcijańskich mitów. Mało jest rzeczy w Biblii, które są tak jednoznacznie potępione – napisał niedawno ks. Dariusz Oko na łamach „Gazety Wyborczej” w tekście Dziesięć argumentów przeciw (3.06.2005). Oto jeden z cytatów, do których odsyła ksiądz Oko: Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi. Pełni są też wszelakiej nieprawości, przewrotności, chciwości, niegodziwości. Oddani zazdrości, zabójstwu, waśniom, podstępowi, złośliwości (Rz 1:27-29).
        Wiemy więc już, na czym polega szacunek i delikatność, okazywane homoseksualistom przez chrześcijaństwo. Nie tylko ten fragment, ale praktycznie wszystkie pozostałe, do których odwołuje się ksiądz Oko pełne są inwektyw i prymitywnej agresji wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej. Podkreślam – wobec osób, nie tylko wobec czynów. I właśnie w oparciu o tę tradycję Kościół katolicki kształtuje postawę wiernych wobec homoseksualistów.
        Najwyraźniej rzucanie jajkami w uczestników niedawnej Parady Równości i obraźliwe okrzyki pod ich adresem nie godzą w chrześcijańskie wartości, bo żaden z katolickich autorytetów moralnych nie zaprotestował przeciwko tym chuligańskim ekscesom. Również w działaniach władz stolicy, próbujących nie dopuścić do zorganizowania Parady, autorytety te nie dostrzegły niczego, co mogłoby budzić moralny sprzeciw. Natomiast przewodniczący Episkopatu, arcybiskup Józef Michalik ostro potępił samą Paradę: zamiast pomóc zagubionym ludziom leczyć chore myślenie, w sposób wyrafinowany organizuje się parady równości (cytat za „GW”, 20.06.2005). Warto zauważyć, że hierarcha ma złe zdanie o ludziach, a nie o „czynach” czy „aktach”.
        Podobnie było rok temu po Marszu Tolerancji w Krakowie, gdzie chuligani sięgnęli po kamienie. Po tych zajściach rektor Papieskiej Akademii Teologicznej biskup Tadeusz Pieronek powiedział: Nastroje społeczne mają swoje prawa. Jeżeli chcemy, by wszyscy byli tolerancyjni, to musimy przyjąć, że do takiej postawy prowadzi długi proces wychowawczy. Ale gdy się kogoś drażni, nie ma się co dziwić – wygląda to tak jak wczoraj. Wina jest tu po obu stronach: jedni byli agresywni, ale drudzy prowokowali terminem swojego marszu. Data była ustalona bardzo niefortunnie („GW” 8.05.2004). Biskup zdejmuje z chuliganów część winy i najwyraźniej rozumie ich zachowanie: zostali przecież rozdrażnieni, a więc nie ma się co dziwić. Można zatem przypuszczać, że uczestnicy Marszu Tolerancji sami sobie byli winni, że obrzucono ich kamieniami. Ciekawa jest też kwestia owej „niefortunnej” daty. Otóż krakowski marsz (który ostatecznie odbył się 7 maja 2004 r.) początkowo miał się odbyć 9 maja, a więc tego samego dnia, co tradycyjna procesja z Wawelu na Skałkę z relikwiami św. Stanisława. Kogo więc uczestnicy marszu „prowokowali terminem”? Biskup Pieronek niedwuznacznie daje do zrozumienia, że „sprowokowani” chuligani to osoby religijne i nie wydaje się tym specjalnie przejęty.
        W wypowiedziach biskupa Pieronka i arcybiskupa Michalika nie widać troski o to, by homoseksualistów nie ograniczano w ich obywatelskich prawach do demonstrowania swych poglądów – zapewne delikatność i szacunek obu hierarchów nie sięgają aż tak daleko. Biskupi nie widzą też powodu, aby formułować krytyczne opinie wobec tych, którzy darzą homoseksualistów nienawiścią i pogardą. Jacy pasterze, taka trzoda – niedawny sondaż OBOP-u wykazał, że tylko 36 procent Polaków uznaje tę orientację seksualną za normalną (średnia europejska – 64 procent).
        W stosunku religii do homoseksualizmu skupiają się jak w soczewce negatywne skutki jej społecznego oddziaływania: skłonność do dyskryminacji mniejszości; niechęć wobec „innych” i nieprzeciwstawianie się przemocy, która ich dotyka; propagowanie i utrwalanie szkodliwych mitów i zabobonów – bo przecież szukanie w Biblii argumentów przeciw homoseksualizmowi w praktyce oznacza akceptację prymitywnych przesądów, które funkcjonowały w społecznościach pasterskich żyjących ponad dwa tysiące lat temu na pograniczu Afryki i Azji. Dyskryminacja tych, którzy są liczebnie słabi i mają niewielkie możliwości obrony jest jednym z najbardziej hańbiących występków, jakie może popełnić społeczeństwo. Stosunek katolicyzmu do mniejszości seksualnych pokazuje, że religia nie tyko nie walczy z tym występkiem, ale wręcz mu sprzyja.
        A tym wszystkim którzy uważają, że problemy mniejszości nie muszą ich interesować, dedykuję słowa pastora Martina Niemöllera (1892 – 1984), który po upadku Trzeciej Rzeszy przyznał, że duchowieństwo za słabo przeciwstawiało się nazizmowi:
        Najpierw przyszli po socjalistów, ale się nie odezwałem, bo nie byłem socjalistą. Potem przyszli po związkowców - milczałem, bo nie należałem do związków zawodowych. Potem przyszła kolej na Żydów, i znowu nic nie powiedziałem, bo nie byłem Żydem. Wreszcie przyszli po mnie - i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.


Od autora: Jeśli zainteresował Cię mój artykuł i chcesz ze mną na ten temat porozmawiać – zapraszam na stronę ateista.boklazec.net, gdzie prowadzę mój dziennik internetowy. Będzie mi również bardzo miło, gdy zajrzysz na moją stronę jazzową.

Jerzy Bokłażec