Rzeczpospolita
24.07.1999



Polemicznie o demokracji, relatywizmie, miłości i śmierci – refleksje po pielgrzymce Jana Pawła II


Nie ma miłości bez wolności

JERZY BOKŁAŻEC



      Wystąpienie Jana Pawła II w polskim parlamencie potwierdziło jego dotychczasowe stanowisko wobec problemów, które stoją przed demokratycznymi społeczeństwami. Tę niezmienność opinii dobrze obrazuje fakt, że mówiąc o związkach polityki z moralnością zwierzchnik Kościoła jeszcze raz przypomniał myśl znaną z encykliki „Centesimus Annus”: Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm.
      To zdanie zakorzeniło się już chyba w naszej kulturze intelektualnej, stało się wręcz hasłem: często cytowanym, lecz rzadko analizowanym. Sądzę, że warto je głębiej przemyśleć.

      Wobec totalitaryzmu
      Niejeden komentator papieskiej przestrogi zastanawiał się, o jakich momentach historii myślał Jan Paweł II, wypowiadając swe słowa. Zapewne nie o narodzinach komunizmu w Rosji, która w chwili przejęcia władzy przez bolszewików nie była przecież państwem demokratycznym. Być może chodzi tu o Niemcy, o dojście do władzy – w wyniku demokratycznych procedur – Adolfa Hitlera. Czy jednak Republika Weimarska była „demokracją bez wartości? „ Jak to możliwe, skoro Kościół katolicki miał wówczas w Niemczech pełną swobodę działania, krzewienia wiary i propagowania moralności wyrosłej z tradycji chrześcijańskiej? Jeśli nawet mimo tych wątpliwości uznamy, że triumf faszyzmu w istocie ilustruje tezę papieża, to trudno byłoby znaleźć w historii kolejne, równie wymowne przykłady. Tym bardziej, że rosnąca liczba sprawnie funkcjonujących państw demokratycznych zdaje się przekonywać, iż przejście od tego ustroju do totalitaryzmu może być raczej czymś wyjątkowym, rzadkim i z pewnością „niełatwym”.
      Gdy Jan Paweł II mówi o „demokracji bez wartości”, odwołuje się również do powszechnej opinii, że demokracja jest etycznie „zimna”, że stanowi jedynie zbiór formalnych zasad, regulujących funkcjonowanie państwa i społeczeństwa. Otóż nic bardziej mylnego. Demokracja ma swoje własne specyficzne wartości, których broni i które propaguje (czy też nawet „narzuca”, jak głoszą jej przeciwnicy) . Równość obywateli wobec prawa, wolność słowa, pokojowa wymiana elit władzy w powszechnych wyborach – te demokratyczne zasady są właśnie wartościami, a dowodem na to jest fakt, że nie jesteśmy w stanie ich uzasadnić, odwołując się do doświadczenia lub logiki. Możemy jedynie powiedzieć, że naszym zdaniem lepiej jest, gdy prawo w taki sam sposób traktuje wszystkich ludzi; lepiej jest, gdy obywatele mają udział w rządzeniu; lepiej jest, gdy nowy rząd jest wyłaniany w wyborach, a nie w wyniku zamachu stanu. Wygłaszając takie opine, formułujemy sądy aksjologiczne, a więc mówimy o wartościach.
      To prawda, że z każdego teoretycznego opisu demokracji wynika, iż jej moralny kręgosłup wystarcza tylko do tego, by podtrzymywać ją samą. Ale praktyka pokazuje, że państwo demokratyczne, w mniejszym lub większym stopniu, chroni również inne wartości, swobodnie realizowane przez obywateli w granicach obowiązującego prawa. Co więcej, trudno znaleźć obecnie i w przeszłości przykład ustroju, który w szerszym zakresie niż demokracja zapewnia taką ochronę. Nie przypuszczam, aby komukolwiek udało się udowodnić, że istnieje jakaś forma dyktatury, która lepiej chroni życie i godność człowieka.
      Wydaje się, że Jan Paweł II nie próbuje nas do tego przekonać. Uważa jednak, że pewne wartości – przede wszystkim prawo do życia – bywają w państwach demokratycznych odzierane z przysługujących im, według Kościoła, atrybutów nienaruszalności. W encyklice „Evangelium Vitae” czytamy: pierwotne i niezbywalne prawo do życia staje się przedmiotem dyskusji lub zostaje wręcz zanegowane na mocy głosowania lub z woli części społeczeństwa nawet liczebnie przeważającej. Jest to zgubny rezultat nieograniczonego panowania relatywizmu.

      Prawo do życia
      Zakładam, że papieskie rozumienie hasła „prawo do życia” jest ogólnie znane, co zwalnia mnie od objaśniania tej kwestii (nie znaczy to wcale, że nie warto podejmować takiego wysiłku, jednak rzetelna eksplikacja tej części nauczania Jana Pawła II znacznie przekroczyłaby ramy tego tekstu) . Chcę natomiast – na przykładzie sporu o przerywanie ciąży – zwrócić uwagę na błąd, który popełnia papież, uznając, że etycznym relatywizmem kierują się wszyscy, którzy gotowi są zaakceptować prawo dopuszczające aborcję. Nie uważam wcale, że relatywizm jest godny potępienia (o czym szerzej za chwilę) , chcę jedynie sprostować pewne rozpowszechnione nieporozumienie z nim związane.
      Otóż przeciwnicy prawnego zakazu aborcji, nawet jeśli niekiedy są relatywistami, to zazwyczaj nie w tym sensie, jaki temu słowu nadaje papież. Nie głoszą bowiem, że np. dzieciobójstwo nie jest złem i może być prawnie dopuszczalne. Rzecz w tym, że niektórzy z nich – w niezgodzie z doktryną Kościoła – nie uważają aborcji za zabicie ludzkiej osoby, ponieważ mają istotne wątpliwości co do tego, czy płód jest ludzką osobą. Inni z kolei gotowi są przystać na katolicką koncepcję osoby, lecz sądzą, że z aborcją należy walczyć innymi środkami niż sankcje karne. Nie zamierzam rozstrzygać tych kontrowersji, chcę jedynie pokazać, że spór o prawne uregulowanie kwestii aborcji nie jest, jak się powszechnie sądzi, sporem etycznym: nie dyskutuje się o wartości życia, lecz o jego początku lub też o metodach zapobiegania złu.
      Kiedy Jan Paweł II mówi o relatywizmie etycznym, nie definiuje precyzyjnie tego pojęcia, odwołując się raczej do potocznych intuicji. Jeśli nie istnieją niezmienne w czasie, niezależne od ludzkich decyzji wartości – tłumaczy zwierzchnik Kościoła – to nie ma również trwałych i przekonujących kryteriów oceny naszego postępowania, a zatem wszystko staje się przedmiotem umowy i negocjacji.
      Nie jestem przekonany, by do tego opisu pasowały przykłady, po które papież najczęściej sięga dla ilustracji spustoszeń moralnych, dokonanych jakoby przez relatywizm. Bo przecież kobieta, która postanawia usunąć ciążę, przeżywa często dramat wyboru między życiem dziecka a godnością tego życia, której to godności, w swym mniemaniu, nie będzie mogła dziecku zapewnić. Gdy ktoś dręczony nieuleczalną chorobą, decyduje się na eutanazję, rezygnuje z wartości swego życia na rzecz innej wartości, za jaką uznaje godną śmierć. Nic tu nie zmienia fakt, że w świetle nauczania Kościoła katolickiego takie konflikty etyczne są pozorne lub fałszywe, ważne jest, że ludzie, którzy ich doświadczają, odczuwają je jako realne. Ich sytuacja psychologiczna w żadnym razie nie da się sprowadzić do relatywistycznego lekkoduchostwa pod hasłem „hulaj dusza, piekła nie ma”. Niemniej, są relatywistami, choć w innym sensie, znacznie bardziej subtelnym: uznają, że zdarzają się w życiu takie sytuacje, w których nie istnieją jedynie słuszne rozwiązania.

      Wobec tradycji
      Okazuje się, że tak rozumiany subtelny relatywizm jest głęboko zakorzeniony w tradycji chrześcijańskiej i jest to, moim zdaniem, bardzo szczęśliwa okoliczność. Oto dwa przykłady:
      – gdyby przez minione wieki polscy katolicy rygorystycznie, a więc nierelatywnie, wypełniali biblijną normę „nie zabijaj”, to zapewne od dawna już nie istnielibyśmy jako naród, wymordowani przez naszych licznych wrogów. Nie odpowiadalibyśmy bowiem przemocą na przemoc, lecz zgodnie z Chrystusowym zaleceniem nadstawiali drugi policzek;
      – jeśli ludzie wierzący zechcieliby nierelatywnie „dzień święty święcić”, to co niedziela kraj pogrążałby się w kompletnym chaosie, na ulicach grasowaliby nie niepokojeni przestępcy, a ewentualni najeźdźcy również mieliby dobrą okazję do ataku na nie strzeżone granice.
      Ktoś mógłby zaprotestować, twierdząc, że obrona konieczna uzasadnia odstępstwo od ogólnej normy moralnej, natomiast nie może być takim usprawiedliwieniem trudna sytuacja kobiety, decydującej się na usunięcie ciąży. Taka argumentacja nie uderza jednak w relatywizm, jest jedynie próbą rozdzielenia tych okoliczności, w jakich normy muszą być przestrzegane od tych, w których możliwe są wyjątki. Sama zasada relatywizmu pozostaje nienaruszona.
      Nie znaczy to wcale, że nie może i nie powinna być zniesiona, powie ktoś inny. „To prawda, że są sytuacje, w których niekiedy trzeba wybierać mniejsze zło. Prawem każdego człowieka jest obrona przed niegodziwością i przemocą, a ludzie wierni Chrystusowi często są jak owce między wilkami. I dlatego apel papieża o budowę cywilizacji miłości nie jest skierowany tylko do katolików czy chrześcijan, jest wezwaniem uniwersalnym, adresowanym do całej ludzkości. Przyszłości nie da się zbudować bez odniesienia do źródła wszelkiej miłości, jakim jest Bóg – powiedział Jan Paweł II w jednej ze swych homilii. Jeśli wszyscy weźmiemy sobie do serca słowa papieża o miłości, która służy, zapomina o sobie i gotowa jest do wspaniałomyślnego dawania to wówczas zniknie przemoc, nikt nie będzie deptał godności człowieka i samo życie zniesie wszelkie relatywizmy”.

      Skuteczność i zasadność
      Myśli, które w swym apelu przywołał papież, chrześcijaństwo zna od zarania swych dziejów. Apoteoza miłości z listu Pawła z Tarsu od dwóch tysięcy lat powiewa na sztandarach tej religii. Przez cały ten czas postulat stworzenia ładu społecznego, opartego na ewangelicznym przesłaniu, pozostaje teoretycznym projektem, a ludzie wierzący w przeważającej większości żyją w niezgodzie z regułami, którym oficjalnie deklarują posłuszeństwo.
      Dlatego wątpię nie tylko w skuteczność papieskiego orędzia, ale i w jego zasadność w tej części, w której wzywa do budowania przyszłości na fundamencie norm religijnych. W ciągu dwudziestu wieków chrześcijanie nie tylko nie zbudowali „cywilizacji miłości”, lecz stworzyli jej zaprzeczenie: cywilizację nietolerancji, prześladowań religijnych, krucjat, płonących stosów. Świat nie zna przypadków, aby społeczność zorganizowana wedle zasad wiary dobrze chroniła życie, godność i wolność człowieka. Historia nauczyła nas, że miłość bez wolności łatwo się przemienia w jawną, niezakamuflowaną nienawiść.


Jerzy Bokłażec jest dziennikarzem Programu III Polskiego Radia. Studiował filozofię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Publikował w „Tygodniku Powszechnym” i w „Więzi”.


Od autora: powyższa notka nieco się zdezaktualizowała - nie pracuję już w Polskim Radiu. Jeśli zainteresował Cię mój artykuł i chcesz ze mną na ten temat porozmawiać - zapraszam na stronę ateista.blog.pl, gdzie prowadzę mój dziennik internetowy. Będzie mi również bardzo miło, gdy zajrzysz na moją stronę jazzową.

Jerzy Bokłażec