„Tygodnik Powszechny#8221;
nr2/1998 r.



Kościół bez polityki?

JERZY BOKŁAŻEC


      O Kościele nie powinniśmy rozmawiać i myśleć tak, jak rozmawiamy i myślimy o instytucji politycznej. Wśród gwaru sloganów i haseł nie ujrzymy bowiem Kościoła prawdziwego, lecz jedynie fragmentaryczny obraz, zniekształcony w ogniu partyjnego sporu. Prowadzona na modłę polityczną dyskusja rodzi podziały, utrudnia porozumienie, odwraca uwagę od spraw istotnych – wiary i życia wiecznego. Ksiądz Tomasz Słomiński w artykule „Czyż Chrystus jest podzielony?” („TP” nr 49/97) tak właśnie uzasadnia postulat „depolityzacji” myślenia o Kościele.

DWIE POLITYKI

      Nie podejmuję się oceny trafności przytoczonych argumentów, ponieważ moim zdaniem nie dotykają one istoty problemu. Myślenie o Kościele w kategoriach partyjnej gry interesów ma swoje głębokie przyczyny wynikające z faktu, że Kościół jest w jakiś sposób zaangażowany lub uwikłany w politykę. Nie chcę rozstrzygać, czy usunięcie tych przyczyn jest potrzebne, chciałbym się natomiast zastanowić, czy jest możliwe.
      Gdy rozmawiamy o polityce, zwykle nadajemy temu słowu co najmniej dwa znaczenia, nie zawsze rozróżniane w potocznej dyskusji. Mówimy więc o władzy państwowej, o wszelkich działaniach związanych z dążeniem do jej zdobycia, utrzymania oraz wykonywania. Można jednak rozumieć politykę szerzej, jako sferę wzajemnych oddziaływań między państwem a różnymi, zorganizowanymi grupami społecznymi. W krajach demokratycznych jest wiele takich grup – partii, stowarzyszeń, wspólnot religijnych. Tak rozumiana aktywność polityczna może być udziałem wszystkich obywateli, również wiernych Kościoła i jego kapłanów.
      O czym myślą ci, którzy mówią, że Kościół angażuje się w politykę? Nikt rozsądny nie odwołuje się chyba do pierwszego znaczenia tego słowa. Trudno znaleźć dowody na to, by Kościół, rozumiany jako instytucja, chciał zdobyć władzę w państwie, nie można również sensownie przypisywać takich intencji Kościołowi jako wspólnocie wiernych. Chodzi raczej o drugie, szersze znaczenie, o oddziaływanie na społeczną rzeczywistość za pomocą środków właściwych dla polityki. Współczesna demokracja daje Kościołowi wiele takich możliwości. Nie wyłącza ona Kościoła spod działania tych praw, które przysługują wszystkim ludziom, a gdyby tak robiła, przeczyłaby sama sobie. „Z punktu widzenia logiki demokratycznego państwa wolności nikogo nie powinno by obchodzić, gdyby np. Episkopat ogłosił się Centralnym Komitetem Partii Katolickiej, zgłosił swojego kandydata na prezydenta, a w kościołach zamiast nabożeństw odbywały się wiece polityczne” – zauważa Zbigniew Stawrowski w artykule „Logika państwa, logika Kościoła” („Gazeta Wyborcza”, 14-15 I 1995). Wyraźnie więc widać, że Kościół nie korzysta z pełni swych praw: jego przedstawiciele nie startują wyborach, nie zasiadają w ławach parlamentu, nie obejmują stanowisk w rządzie. W praktyce ogranicza się do pośredniego wywierania wpływu na sferę polityczną: w mniejszym lub większym stopniu popiera niektóre ugrupowania, a także opowiada się po stronie pewnych rozwiązań prawnych, innym z kolei się przeciwstawia.

PRZENIKANIE

      Okazuje się jednak, że nawet tak rozumiana aktywność polityczna Kościoła budzi wiele zastrzeżeń. Krytycy nie kwestionują zazwyczaj jej prawnych podstaw, lecz zwracają uwagę na konsekwencje, jakie z sobą niesie: nie można uczestniczyć w sporze politycznym zachowując jednocześnie status ponadpolitycznego autorytetu. Kościół musi się wówczas liczyć z tym, że zostanie postawiony „w jednym rzędzie z innymi pluralistycznymi ugrupowaniami, takimi jak związki zawodowe i grupy interesów”, co oznacza, iż „przeciwnicy [...] grup, którym użycza on swego poparcia, staną się również jego przeciwnikami” – pisze Ernst-Wolfgang Böckenförde w książce „Wolność – państwo – Kościół”. Niemiecki myśliciel, podobnie jak wielu uczestników polskiej debaty o Kościele, wskazuje na konieczność „wyważonego rozdziału państwa i wspólnoty religijnej” (w Polsce mówi się raczej o wzajemnej autonomii religii i polityki, lecz jest to tylko różnica sformułowań). Jerzy Turowicz zastanawiając się nad obecnością zła w społeczności ludzi wierzących dochodzi do wniosku, że „ma ono swoje źródło w niewierności wobec Ewangelii, w wykraczaniu poza to, co jest istotną misją Kościoła, w niezrozumieniu jego miejsca i roli w świecie, w nierespektowaniu zasady rozdziału tego co boskie i co cesarskie” („TP” nr 20/95).
      Fakt odrębności tych dwóch sfer wydaje się intuicyjnie oczywisty: religia zabiega o zbawienie człowieka, polityka zaś skupia się na jego doczesności. Stosowny zapis możemy odnaleźć w konkordacie, gdzie czytamy, że „państwo i Kościół katolicki są – każde w swej dziedzinie – niezależne i autonomiczne”.
      Podobne brzmienie ma artykuł nowej konstytucji, odnoszący się do wszystkich kościołów.
      Sprawa jednak nie jest tak jasna, jak na pozór wygląda. Co bowiem znaczy samo pojecie autonomii? Czy można precyzyjnie rozdzielić obszary działania państwa i Kościoła? Do jakiego kryterium należy się odwołać przy próbie ustalenia takiej granicy?
      Trudno dostrzec tę granicę obserwując polskie życie publiczne; można nawet dojść do wniosku, że religia i polityka nawzajem się przenikają. Krzyż w Sejmie, prośba o boską pomoc płynąca z ust posłów i ministrów, obecność duchownych na uroczystościach państwowych i udział przedstawicieli władzy w ceremoniach religijnych – to tylko niektóre przykłady. Ktoś może odpowiedzieć, iż nie sposób wymagać od aktywnego politycznie katolika, by traktował swą religijność jako sprawę wyłącznie osobistą. Szacunek ludzi wierzących dla autonomii polityki powinien zaś wyrażać się nie tyle w sferze obyczajów, co w respektowaniu obowiązującego porządku prawnego.
      Ta zasada, na pozór logiczna, nie sprawdza się w praktyce, ponieważ ów porządek nie jest ustalony raz na zawsze i może być zmieniany. Losy nowej konstytucji pokazują, że Kościół aktywnie uczestniczy w procesie tworzenia prawa. Jak zauważa Böckenförde, zasady religijne i prawno-naturalne wpływają na podejmowane przez państwo rozstrzygnięcia, na przykład w dziedzinie prawa małżeńskiego, rodzinnego i szkolnictwa.
      Może więc granicę między sacrum a profanum uda się nakreślić poprzez wskazanie na pewne fundamentalne normy, na których opiera się współczesna demokracja? Okazuje się jednak, że w kwestii interpretacji tych norm również nie ma powszechnej zgody, czego ilustracją jest spór wokół konkordatu. Niektórzy spośród przeciwników umowy z Watykanem twierdzą, iż nadaje ona Kościołowi przywileje niemożliwe do zaakceptowania w demokratycznym państwie. Z kolei zwolennicy konkordatu nie dostrzegają w jego tekście niczego, co mogłoby potwierdzić te zarzuty. Innym ciekawym przykładem jest orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, zgodnie z którym dopuszczalność aborcji ze względów społecznych narusza zasadę demokratycznego państwa prawnego. Krytycy orzeczenia wskazują, że podobna zasada widnieje w konstytucjach większości europejskich krajów, w których dopuszcza się przerywanie ciąży, a więc należałoby uznać ustrój tych państw za niedemokratyczny i oparty na bezprawiu.
      Pozostaje nam przyjąć, że poszukiwana przez nas granica nie istnieje. Polityka i religia spotykają się na rozległym obszarze spraw wspólnych, mimo iż stawiają przed sobą inne cele i sięgają po odmienne metody ich realizacji.
      Jeżeli zatem wiara nie ma być „zepchnięta w sferę prywatności”, to Kościół, niezależnie od swych intencji, nie może uniknąć takich sytuacji, które najtrafniej można opisać stosując kategorie i pojęcia z dziedziny polityki. Chodzi tu nie tylko o szeroko rozumiany udział w życiu publicznym, lecz również o identyfikację z określonym obozem politycznym. Wymagania stawiane przed Kościołem przez zwolenników jego politycznej neutralności są bowiem trudne do spełnienia. Mówią oni zazwyczaj, że Kościół w trosce o swą wiarygodność powinien powstrzymać się od wskazywania na konkretne partie, które obdarza swym zaufaniem. Sympatie polityczne biskupów i księży są jednak znane, nawet jeśli o nich nie przypominają. Powszechna świadomość istnienia tych sympatii jest wciąż podtrzymywana, ponieważ podziały na scenie politycznej kształtują się często wokół zagadnień, które Kościół uznaje za fundamentalne. Jeśli zajmuje wobec nich stanowisko, to pośrednio opowiada się po którejś ze stron.

ZNAK ZAPYTANIA

      W książce „Kościół po komunizmie” Jarosław Gowin pisze, iż „najważniejszą formą udziału Kościoła w polityce rozumianej jako dbałość o dobro wspólne jest pełnienie roli mediatora, budowanie konsensu społecznego” .
      Mediacja polega na zachęcaniu uczestników sporu do szukania kompromisowych rozwiązań poprzez uświadomienie im, że ich racje są podzielone. Czy jednak Kościół może zająć taką postawę w obliczu problemów, co do których jest przekonany, że istnieją pewne właściwe metody ich rozwiązania, natomiast inne są zdecydowanie błędne? Czy można mówić o kompromisie tam, gdzie zagrożone są wartości uznawane przez chrześcijan za podstawowe i nienaruszalne?
      Jarosław Gowin dostrzega napięcie związane z obecnością Kościoła w życiu publicznym i przyznaje, iż jest ono nieusuwalne, a więc nie wynika ze „złej woli którejś ze stron czy braku rozumienia mechanizmów kierujących polityką”. Nie znaczy to jednak, że musi być ono destrukcyjne, może być twórcze – komentuje ksiądz Józef Tischner w „Spadku po komunizmie” i dodaje, że konflikt rodzi się przede wszystkim na poziomie praktyki duszpasterskiej. Proponowana recepta na jego uniknięcie: rozróżnianie obszarów działania religii i polityki oraz kierowanie się zdrowym rozsądkiem jest jednak niewystarczająca. Kłopoty ze spełnieniem pierwszego postulatu opisałem powyżej, natomiast co do zdrowego rozsądku, to, jak zauważył Kartezjusz, nikt nie sądzi, że jest weń niedostatecznie zaopatrzony.
      Nie wiem, czy i w jakim stopniu jest możliwe konstruktywne wykorzystanie napięcia między demokracją a religią. Życie pokazuje na co dzień, że nie tylko ja nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sądzę natomiast, iż udało mi się wykazać, że są powody, by mówić o Kościele językiem polityki, choć nie jest to jedyny język – i być może nie najważniejszy – za pomocą którego możemy opisać złożoną rzeczywistość współczesnego Kościoła.


Od autora: Jeśli zainteresował Cię mój artykuł i chcesz ze mną na ten temat porozmawiać – zapraszam na stronę ateista.blog.pl, gdzie prowadzę mój dziennik internetowy. Będzie mi również bardzo miło, gdy zajrzysz na moją stronę jazzową.

Jerzy Bokłażec