„Tygodnik Powszechny”
nr1, 7.01.2001 r.



Święty Mikołaj w społeczeństwie otwartym

JERZY BOKŁAŻEC


      Dariusz Karłowicz w artykule „Święty Mikołaj i jego wrogowie” („TP” nr 52-53/2000). zaproponował własne kryterium bycia chrześcijaninem: stosunek do świętego Mikołaja. Oparł je takim rozumowaniu: handel i specjaliści od reklamy wykorzystują postać świętego w sposób niegodny, za nic mając religijną tradycję i dobry smak. Ów chrześcijański symbol, odarty z powagi i dostojeństwa staje się „zakładnikiem kultury masowej i marketingu”.

Santa Claus, czyli Święty Mikołaj - reklama
Czy taka postawa twórców reklam, pyta autor, nie jest „pośrednim dowodem na to, że chrześcijanie w Polsce przestali być większością, której rynkowe zachowania mitygują agresję handlowców?” Można się zatem zastanawiać, czy są chrześcijanami te osoby, które deklarują swoją religijność, a jednocześnie akceptują wizerunek św. Mikołaja kształtowany przez rynek i kulturę masową.
      Takie sformułowanie pytania o chrześcijaństwo, z pewnością nowe i oryginalne, być może nieco ożywi trwającą od stuleci debatę; pogłębiona refleksja nad tym zagadnieniem wykracza jednak poza ramy moich rozważań. Ograniczę się więc do jednej uwagi: aby kryterium było użyteczne, powinno zyskać szeroką akceptację wśród osób, które miałyby się nim posługiwać. Obawiam się, że w tym wypadku szanse na powszechną aprobatę wśród chrześcijan nie są duże.


*

      Wiemy już, jakich rejonów kultury Święty Mikołaj powinien unikać, jeśli nie chce narażać na szwank swej świątobliwej reputacji. Nie wiadomo jednak, jakich obowiązków mógłby się podjąć we współczesnym świecie, by dobry smak i tradycja pozostały nietknięte. Przyznam, że nie potrafię dostrzec takich zadań, a autor artykułu mi w tym nie pomaga. Bo przecież jeśli każemy świętemu zejść z billboardów, zamkniemy przed nim supermarkety i telewizyjne studia oraz zalecimy, by ograniczył się wyłącznie do rozdawania podarków, to i tak jego działalność może budzić poważane zastrzeżenia moralne. Godzi się on bowiem na kolaborację z wielką rzeszą rodziców, a finałem tej tajnej współpracy jest mistyfikacja z wręczaniem prezentów, mająca na celu utrzymanie nieświadomej niczego dziatwy w fałszywym przeświadczeniu, że to szczodrobliwy święty obdarował je z własnej inicjatywy i ze swych zasobów. A gdzie chrześcijańskie umiłowanie prawdy? Gdzie sprzeciw wobec kłamstwa i oszustwa?
      Tako oto świat radosny i wesoły zamienia się w świat pełen srogiej powagi. Ale czy można zupełnie poważnie traktować jowialnego brodacza o rumianych policzkach, który podróżuje na saniach zaprzężonych w renifery, ubiera się na czerwono i bardziej przypomina wyrośniętego krasnala niż uduchowioną postać z bizantyjskich ikon? Z całą pewnością nie. A zatem, by postulatom autora artykułu stało się zadość (przypominam: dobry smak i religijna tradycja) należałoby ten nieco błazeński wizerunek, urągający godności świętego, wymazać z naszej kultury.
      Tego jednak autor nie proponuje. Być może obawia się, że trudno byłoby pozyskać szersze poparcie dla tak radykalnych działań, a więc lepiej skupić się na celach mniej ambitnych, lecz bardziej realnych. Zachęca więc dziennikarzy mediów katolickich, w tym „Tygodnika Powszechnego”, by „po każdym nowym Bożym Narodzeniu poświęcili na swoich łamach trochę uwagi firmom, które w ich ocenie przekroczyły granice dobrego smaku i przyzwoitości” . Winnych naruszania godności św. Mikołaja należy więc napiętnować i wystawić na widok opinii publicznej.
      W moim odczuciu pręgierz uchybia dobrem smakowi. Uważam bowiem, że bardziej godne i sprawiedliwe jest nagradzanie tego, co dobre i wartościowe niż wymierzanie batów miernocie i bylejakości. Szkoda czasu i energii na organizowanie działań, których konsekwencją jest wywoływanie negatywnych uczuć. Apeluję więc do redakcji „TP”, by nie podejmowała pomysłu przyznawania „orderu nietolerancji”. Odwołuję się przy tym do smaku uniwersalnego, ogólnoludzkiego, przekraczającego granice podziałów religijnych i światopoglądowych. Ludzie weń wyposażeni zazwyczaj powstrzymują się od nakłaniania całego świata, by podzielał ich uczucia i otaczał czcią tradycje, które dla nich są cenne.

*

      Często odnoszę wrażenie, że otwarte, liberalne społeczeństwo nie jest wygodnym środowiskiem dla tych wszystkich, którzy religię uznają za sprawę publiczną, nie zaś prywatną. Trudno zachować spokój, gdy jest się przekonanym, że liberalna demokracja balansuje na krawędzi totalitaryzmu, jeśli swej aksjologii nie buduje na tradycji wiary (Jan Paweł II), a wolny rynek w pogoni za zyskiem przekuwa w brzęczącą monetę nawet religijne symbole (Dariusz Karłowicz).
      No właśnie, ale czy na pewno religijne? Co mają ze sobą wspólnego chrześcijański święty i wesoły jegomość w czerwonej czapie, z workiem pełnym prezentów?

Święty Mikołaj, biskup Miry (Myry), patron Rusi - ikona
Łączy ich oczywiście wspólny rodowód; protoplastą obu postaci był żyjący podobno w IV wieku biskup Miry w Azji Mniejszej, uznany później za opiekuna ubogich oraz patrona Rusi, kupców, więźniów, żeglarzy. Ta czysto religijna tradycja jest wciąż żywa, zwłaszcza w chrześcijaństwie wschodnim.
      Jest jednak jeszcze inna tradycja, która na dobre zaczęła kształtować się w XIX wieku, kiedy to postać świętego skojarzono z wręczaniem świątecznych prezentów. Wtedy właśnie Santa Claus zaczął powozić zaprzęgiem reniferów i dzisiaj każde dziecko wie, że jego strony rodzinne to Laponia, a nie zachodnie wybrzeże Turcji. Z czasem okazało się, że im aktywniej św. Mikołaj angażował się w gwiazdkowy obyczaj, im szerszy zyskiwał rozgłos, tym bardziej bladła aureola nad jego głową. W końcu zdobył niemal ogólnoświatową sławę, stał się jedną z najpopularniejszych postaci kultury euro-amerykańskiej, prawdziwą gwiazdą, bez której trudno dziś sobie wyobrazić święta Bożego Narodzenia.
      Z drugiej zaś strony, jego przywiązanie do spraw materialnych i brak jakichkolwiek oznak pobożności to przymioty, które nie bardzo współbrzmią z religijną wymową świąt. Charakteryzują kogoś, kto prowadzi styl życia nie chrześcijański, lecz raczej epikurejski, może nawet nieco bachiczny (zwróćmy uwagę na wiecznie rumiane policzki i zaczerwieniony nos; a przecież nie zawsze zima jest mroźna).
      Święta Bożego Narodzenia już dawno przestały być tradycją wyłącznie religijną, a w niektórych społeczeństwach Zachodu ich religijne znaczenie zeszło na drugi plan; według ostatnich sondaży, w Niemczech i Francji są to święta przede wszystkim rodzinne, cokolwiek by to miało oznaczać. Św. Mikołaj, ten z Laponii, a nie z Turcji, zdobywa zatem i umacnia te obszary świątecznego obyczaju, nad którymi nie panuje sacrum. Dla jednych będzie to szczęśliwa kraina zabawy i beztroski, radosnych emocji w oczekiwaniu na gwiazdkowe prezenty, w której inni (chyba mniej liczni) poczują się jak na obcej ziemi, gdzie rządzi hedonizm i nieokiełznana konsumpcja.
      Staram się wykazać, że zarzut braku szacunku dla świętego Mikołaja jest konsekwencją nierozróżniania dwóch tradycji: religijnej i świeckiej. Jeśli tak jest istotnie, to nie mamy podstaw, by wytykać handlowcom i specom od marketingu,
Santa Claus, czyli Święty Mikołaj - pocztówka
że depczą godność świętego; oni po prostu traktują odzianego w czerwień roznosiciela prezentów nie jako świętą personę, lecz raczej osobnika o statusie bajkowym, być może spokrewnionego z Czerwonym Kapturkiem i Królową Śniegu. A że czasami w swych komercyjnych zapędach naruszają dobry gust? No cóż, społeczeństwo otwarte, jeśli nie chce łamać zasad, którym deklaruje wierność, daje swobodę wyrażania gustów nie tylko subtelnych i wyrafinowanych.
      Moje poczucie dobrego smaku codziennie wystawiane jest na próbę przez rozmaite wytwory kultury masowej, ale jakoś nauczyłem się z tym żyć. Nie domagam się, by inni ludzie podzielali moje opinie, przyjmowali moje obyczaje, szanowali ważne dla mnie wartości. Nie sądzę, by ten rodzaj przystosowania był czymś wyjątkowym, przeciwnie, mam wrażenie, że jest to powszechna praktyka w pluralistycznym społeczeństwie. Akceptacja tego doświadczenia pociąga za sobą pewien koszt, bo musimy pogodzić się z faktem, że świat nie jest nastawiony na realizację naszych duchowych potrzeb. Ale warto tę cenę zapłacić, choćby z jednego powodu: możliwości bezbolesnego rozwiązania problemu świętego Mikołaja.


Od autora: Jeśli zainteresował Cię mój artykuł i chcesz ze mną na ten temat porozmawiać – zapraszam na stronę ateista.blog.pl, gdzie prowadzę mój dziennik internetowy. Będzie mi również bardzo miło, gdy zajrzysz na moją stronę jazzową.

Jerzy Bokłażec