„Więź”
nr1 (531), 2003 r.



Różne wiary, różne niewiary

JERZY BOKŁAŻEC


„Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi”, wstęp: Leszek Kołakowski, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002

„Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi”, wstęp: Leszek Kołakowski, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002, s.264.



      Dwa lata temu ojciec Stanisław Obirek, ówczesny redaktor naczelny jezuickiego kwartalnika „Życie Duchowe”, napisał list do swojego dobrego znajomego, filozofa Jana Woleńskiego. Zastrzegając, że wszelkie moralizatorstwo jest mu obce, pytał adresata o jego stosunek do Kościoła, o przestrzeganie bezpieczeństwa i wolności, o uzasadnienie przekonań moralnych. Profesor obszernie odpowiedział i w ten sposób na łamach „Życia Duchowego” rozpoczęła się długa, trwająca wiele miesięcy rozmowa wierzących z niewierzącymi, kontynuowana później w „Przeglądzie Powszechnym”
      Wszystkie te głosy – między innymi Wacława Hryniewicza OMI, Stanisława Lema, Ewy Łętowskiej, Marka Edelmana, Elżbiety Wolickiej, Ireneusza Krzemińskiego – zebrane w jednym tomie przez wydawnictwo księży jezuitów stworzyły niezwykłą, wielobarwną mozaikę światopoglądów, zapatrywań moralnych, hierarchii wartości, postaw wobec ludzi inaczej myślących.
      Gdy przed kilku laty recenzowałem dla „Więzi” rozmowy Umberta Eco i Carla Marii Martiniego wydane pod tytułem „W co wierzy, ten kto nie wierzy?”, zwróciłem uwagę na asymetrię tego pytania. Sugeruje ono bowiem, że wiara to rzecz oczywista i osoby religijne nie muszą się z niej tłumaczyć, natomiast wyjaśnień należałoby oczekiwać od niewierzących. I oto pytanie powraca, tym razem jako punkt wyjścia do dyskusji zainicjowanej przez ojca Stanisława Obirka, i znów zmusza do namysłu nad paradoksem, jaki w sobie zawiera. A odpowiedzi padają rozmaite.
      Stanisław Lem, powołując się na słownikową definicję, wyjaśnia, że „wierzyć”, to tyle samo, co „wyznawać jakąś religię”, tak więc pytanie jest wewnętrznie sprzeczne i nie wymaga odpowiedzi, Jego zdaniem, człowiek cały wierzy sobą albo nie wierzy. Ja nie wierzę – dodaje Lem.
      Jan Woleński rozumie niechęć pisarza do roztrząsania tej kwestii, bo teiści często traktują agnostycyzm jako rodzaj ukrytej religii. W ten sposób dają się zwieść dwuznaczności słowa „wiara”, które oznacza albo wiarę religijną, albo przekonania o pewnym, ale niecałkowitym stopniu potwierdzenia. Woleński uważa, że jeśli chcemy uniknąć nieporozumień, to pytamy raczej o zaufanie, a nie o wiarę. Wyznaje, że sam ufa bliźnim oraz regularnościom natury. Teolog Dariusz Kowalczyk SJ, którego polemika z profesorem Woleńskim stanowi oś całej debaty, zarzuca w tym miejscu swemu adwersarzowi nieracjonalność. Zdaniem ojca Kowalczyka, gdyby nie Bóg, nie byłoby racjonalnych podstaw, aby ufać ludziom. Krakowski filozof nie godzi się z tą oceną, bo nadaje ona nowy sens przymiotnikowi „racjonalny”. Zwraca uwagę, że wedle o. Kowalczyka w końcu dotykamy człowieka jako „niepowtarzalnej tajemnicy”, a to na ogół nie uchodzi za wzór racjonalności.
      
Tak w ogólnym zarysie przebiega filozoficzno-teologiczna część dyskusji. Jej drugi ważny wątek to rozmowa o Kościele. Znów najgoręcej jest na linii Woleński-Kowalczyk. Filozof wyjaśnia, że nie może myśleć o Kościele w kategoriach transcendentnych, ponieważ musiałby stać się człowiekiem wierzącym, aby taką perspektywę przyjąć, i dlatego traktuje Kościół jako instytucję od początku do końca doczesną. Nie znaczy to jednak odpowiada teolog – że (...) podejmując rozmowę o kościele [agnostyk] nie powinien próbować zrozumieć (na ile to możliwe) tego, co ten Kościół mówi sam o sobie. Woleński tłumaczy, że jego naturalistyczne stanowisko nie wyklucza przyjmowania do wiadomości samooceny Kościoła, ale też nie zobowiązuje do traktowania jej jako prawdy niewzruszonej. Zasada „Święty Kościół grzesznych ludzi” jest więc dla niego nie do przyjęcia, bo niemożliwe jest rozróżnienie między Kościołem „nie z tego świata” a ludźmi doń należącymi.
      Brak tego rozróżnienia jest, zdaniem ojca Kowalczyka, niedopuszczalnym błędem, ale okazuje się, że większość wierzących uczestników dyskusji nie podziela tej opinii. Kościół jest dostępny każdemu, także szkiełku i oku sceptyka – pisze Krzysztof Mądel SJ. Ksiądz Wacław Hryniewicz nie tylko przyznaje niewierzącym prawo do krytyki Kościoła bez odniesienia do wymiaru transcendentnego, ale sam taką krytykę uprawia, posuwając się w niej dalej niż niejeden ateista. (...) Kościół może zaciemniać prawdę wskutek własnej winy lub ignoracji (...). Wiele kościelnych postaw zdradza brak szacunku dla człowieka, bezwzględność i bezduszność. (...) Jakże często Magisterium Kościoła broniło się przed przyjęciem pewnych prawd o świecie w sposób graniczący z absurdem – to tylko niektóre opinie KUL-owskiego ekumenisty.
      Jeśli do tej pory wyobrażaliśmy sobie strony dialogu jako dwa obozy, z których każdy jest jednolitą formacją intelektualną i światopoglądową, to lektura książki wydanej przez WAM pozwoli nam otrząsnąć się z tego złudzenia. Co chwila przekonujemy się, że w ważnych kwestiach filozoficznych i moralnych, a nawet politycznych i obyczajowych podziały często biegną w poprzek dwóch grup, zwanych wierzącymi i niewierzącymi. Dostrzega to ojciec Stanisław Obirek, kiedy pisze do Stanisława Lema, że odczuwa z nim większe powinowactwo niż z wieloma kombatantami katolickimi. Okazuje się więc, że są rozmaite wiary i niewiary, że mają różne barwy i odcienie, że wygodny i łatwy schemat „my – oni”, jakże często obecny w naszym życiu publicznym, jest daleki od prawdy.
      Wydaje się więc, że myślenie o dialogu w liczbie pojedynczej jest pewnym uproszczeniem, sięganiem po szablon, próbą wtłoczenia skomplikowanej rzeczywistości w prostą formę; toczy się bowiem wiele rozmów, tak różnych, jak różne są osoby, które się w nie angażują. Z drugiej strony, wszystkie te dialogicznie spotkania mają co najmniej jeden wspólny mianownik: opozycję wiary i niewiary. Elżbieta Wolicka zwraca uwagę, że jest to opozycja nie do przezwyciężenia na neutralnym gruncie, gdyż musielibyśmy wznieść się na poziom jakiejś metateorii nadającej się do przyjęcia przez obie strony (...), a taką perspektywą nie dysponujemy.
      
O czym więc mamy rozmawiać, skoro z góry wiadomo, że w podstawowej dzielącej nas kwestii nie możemy dojść do porozumienia, które polegałoby na uznaniu racji strony przeciwnej? Zdaniem Elżbiety Wolickiej, tematów jest wiele i nawet jeśli minimalistycznie założymy, że chodzi jedynie o ustalenie wspólnej płaszczyzny dyskusji, która pozwoliłaby nam „pięknie się różnić”, to warto dążyć do realizacji tego celu.
      Z przebiegu debaty zainicjowanej przez o. Stanisława Obirka wynika, że jest kilka przeszkód na tej drodze. Podstawowa trudność to niedająca się usunąć asymetria stron dialogu: osoba wierząca zazwyczaj należy do wspólnoty religijnej, z którą się w jakiś sposób utożsamia. Kiedy krytykowany jest Kościół, katolik czuje się w obowiązku odpowiedzieć na tę krytykę. Tymczasem laik jest osobny, jak pisze Ewa Łętowska. Nie funkcjonuje żaden „kościół” ateistów, który reprezentowałby doktrynę wspólną dla wszystkich osób niereligijnych, żadna organizacja, za którą ateista mógłby czuć się współodpowiedzialny tylko dlatego, że jest ateistą. Niewierzący zawsze reprezentuje sam siebie, podczas gdy katolik nie tylko nie może odciąć się od teraźniejszości i tradycji swego Kościoła, ale powinien wręcz głosić pewien wspólny dla katolików korpus idei.
      A skoro tak, to rodzi się kolejny problem: pokusa prozelityzmu. Rozpowszechnianie własnych poglądów i kształtowanie postaw innych ludzi nie jest niczym zdrożnym i mieści się w obszarze wolności, jaki zapewnia nam nowoczesna demokracja, natomiast nie ma ono nic wspólnego z dialogiem. Ten, kto nawraca innych, zwykle z góry zakłada, że jego własne przekonania pozostaną niewzruszone, a tym samym wyklucza partnerstwo i wzajemność. Tymczasem bez tej wzajemności nie ma dialogu: w rozmowie przekazuję moje myśli i jednocześnie poznaję poglądy mego partnera. Być może go przekonam, ale dopuszczam możliwość, że z jego ust padną argumenty, które każą mi zmienić mój punkt widzenia. Może wzajemnie zmodyfikujemy własne postawy, a może rozejdziemy się bez żadnych uzgodnień.
      Chyba właśnie w ten sposób rozumie dialog Stanisław Obirek, kiedy pisze: podzielając radość innych chrześcijan z daru wiary, nie czuję wewnętrznego przymusu, by obdarować nim innych, zwłaszcza tych, którzy deklarują zupełny brak zainteresowania tymże darem (...). Natomiast Dariusza Kowalczyka nie przekonują „super-tolerancyjne” zapewnienia osób wierzących, że w dyskusji z niewierzącymi absolutnie nie chodzi im o nawracanie kogokolwiek, a jedynie o wspólne zadumanie się nad ludzką kondycją. Jak widać, wspólnota religii i przynależność do jednego Kościoła nie wykluczają daleko idących różnic w pojmowaniu relacji między wiarą a niewiarą, ale to temat na inny dialog – wierzących z wierzącymi.
      Jeśli zaś chodzi o główny punkt naszych rozważań, to wydany przez księży jezuitów zapis debaty przekonuje, że możemy ciekawie i z pożytkiem rozmawiać z ludźmi, którzy się z nami nie zgadzają w sprawach dla nas bardzo ważnych. Konfrontacja idei nie jest bowiem złem, którego należy się wystrzegać. Przeciwnie – jak zauważa we wstępie Leszek Kołakowski – kultura, by żyć, zawsze potrzebuje skłócenia przeciwstawnych racji. Ważne jest natomiast, aby spór nie toczył się w atmosferze wzajemnej wrogości, nie był awanturą i stwarzał przestrzeń do namysłu i refleksji. Nigdy dość pracy nad kulturą dyskusji, nigdy dość precyzowania własnych poglądów i rozwijania w sobie umiejętności słuchania argumentów drugiej strony. W tym wszystkim na pewno warto się ćwiczyć. W jaki sposób? To proste – rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać...


Od autora: Jeśli zainteresował Cię mój artykuł i chcesz ze mną na ten temat porozmawiać – zapraszam na stronę ateista.blog.pl, gdzie prowadzę mój dziennik internetowy. Będzie mi również bardzo miło, gdy zajrzysz na moją stronę jazzową.

Jerzy Bokłażec